|
Witam,
lata całe nic tu nie pisałem, ale po tych dwóch dniach w Karwi
postanowiłem skrobnąć kilka zdanek. Po pierwsze nic mi nie jest :))
co, jak sądzę, jest pierwszym sukcesem (bo jak pływałem w czerwcu pierwszy
raz w Karwi, to mięsień naderwałem), a po drugie było zajebiś...cie.
W pitek mocno w dupsko, tylko 2 razy bez dygania deski w to samo miejsce
dotarłem, ale i też 2x mega spacerek plażą zaliczyłem. Sił zwyczajnie
już
mi nie starczyło, nawet wodny start wykańczał, bo ręce mi mdlały. No
cóż,
ale zaliczyłem kilka skoków w tym takie bez gleby :) no i coś
fenomenalnego, a mianowicie jazda, a włąściwie zjazd z mega fali (krowy
lub szafy - ci co byli w piątek wiedzą jak takie wyglądały zaraz za
przybojem), mega speeead, ściana wody za plecami i z boku, góra fali
mimo,że to nie przybój ostra i załamująca się, a ja lieciałem w dół po
skosie z tentniącą adrenaliną. Nie żeby mi się to nie zdażyło wcześniej
(zjazd z fali), ale ta fala była mega rozmiarów, a ja miałem fart że
zaczełą rosnąć własnie tam gdzie byłem w pełnym ślizgu.
A dzisiaj to już był spokuj, nawet na 5,6 troche było rano za mało wiatru
w przyboju i w czapke dostałem kilka razy, ale w sumie później było juz
ok. Popływałem, troszkę poskakałem i wspominałem swoją falę. Oczywiście
pływania było dzisiaj dużo więcej, bo wczoraj po każdym przelocie i
mieleniu :) sporo z Horacym odpoczywaliśmy.
Dobra starczy, o swojej fali, którą udało mi się złapać, napisałem...
Uważam, iż była tylko nieco mniejsza niż te na Hawajach ;)) wiec teraz
siedzę w domu i pije winko wspominajac..., może nawet puszczę kastę jak
chłopaki jadą na falach, teraz wiem co czują, moja jak mówiłem była
podobna ;)
pozdr
mj
|